Dlaczego nie warto przejmować się ryzykiem?

Chciałbym nauczyć się jak nie przejmować się ryzykiem. To musi strasznie ułatwiać życie, skoro tak wiele osób tego nie robi. Nie ma jak społeczny dowód słuszności. Mam już dość ciągłej identyfikacji zagrożeń i ich oceny. Zastanawiania się jakie mam możliwości i wybierania najlepszej bądź najbardziej preferowanej z nich. Wystarczy! Kilkanaście lat w projektach odcisnęło swojej piętno, ale … dam radę. To będzie dobra zmiana.

Co przelało moją czarę goryczy?

Zdarzenie drogowe. Nie była nim jednak kolizja. Nic z tych rzeczy. Po prostu samochód przejeżdżający koło mojego i uśmiechnięte od ucha do ucha, łobuzerskie buźki dwójki małych chłopców. Auto nic nadzwyczajnego, zwykły Passat czy Insignia w kombiaku. Chłopcy jak to mali chłopcy – może 5 i 7 lat – też normalni. Najnormalniej w świecie siedzieli sobie w bagażniku. I te ich szelmowskie uśmiechy. Bezcenne. Później, przez dobre kilka minut musiałem tłumaczyć starszej córce, dlaczego pozbawiam jej takiej frajdy. Wredny ojciec. Dlaczego Ona nie może też jeździć w bagażniku?!? Na szczęście nie mamy kombiaka więc było mi łatwiej, ale jej trauma pozostanie na lata.

Może chociaż pozwolić jej nie zapinać pasów bezpieczeństwa? Jestem najlepszym dowodem, że nie są potrzebne. Całe dzieciństwo ich nie zapinałem i żyję.

Dlaczego nie warto przejmować się ryzykiem?

Jestem dosyć pragmatyczny. Zacząłem więc zastanawiać się nad argumentami. Przedstawiam kilka moich dlatego że, bo, ponieważ to.

1. Oszczędza pieniądze

Po co wydawać je na, w większości przypadków, nikomu niepotrzebne ubezpieczenia. Niech robią to Ci, którzy wiedzą już, że mają pecha. Albo organizowanie dodatkowych zasobów „na wypadek”, czy też zastosowanie wyższej jakości materiałów bądź podzespołów. „Wywali się” to będzie powód do zmartwienia. Że to może wpłynąć na reputację? Żartujesz? Przecież sam Henry Ford obniżał wymagania jakościowe, jeśli podzespoły w produkowanych przez niego samochodach, tylko w niewielkim stopniu zużywały się, w trakcie wielokilometrowej eksploatacji.

2. Oszczędza czas

Zastanawianie się, czyli tracenie czasu, nad tym w jaki sposób przetransportować cały Zarząd firmy na przykład z Warszawy do Valletty, na ważne spotkanie biznesowe, tak by nie lecieli wszyscy jednym samolotem, byli na czas, by nie wydać na to góry pieniędzy to zwykłe marnotrawstwo. Jakie jest prawdopodobieństwo, że akurat ten samolot spadnie na Ziemię. Poza tym, nawet jeśli już – odpukać – tak by się stało, to przecież i tak na szczęście w firmie zostali przygotowywani do objęcia ich stanowisk kompetentni sukcesorzy.

3. Nie odciąga od rzeczy pilnych

No właśnie. Mało to „bieżączki” jest do zrobienia, żeby się jeszcze pochylać nad tym co się może za przeproszeniem wywalić. Teraz się martwię o to co miało być zrobione na wczoraj. Jutro będę się martwił o to co na dzisiaj. Nie mam czasu podrapać się w głowę, a miałbym się martwić tym co być może, w nieznanej przyszłości, w trudnych do przewidzenia okolicznościach może się zapewne nie wydarzyć.

4. Optymalizuje wykorzystanie miejsca

To mi przyszło do głowy znienacka. Budowa osiedli mieszkaniowych na „byłych” terenach zalewowych. Mamy XXI wiek, rakiety Elona Muska startują i lądują na Ziemi a jego prywatny roadster właśnie wyruszył w dziewiczy rejs na Marsa. Rozwój cywilizacyjny kwitnie, więc szanse na to, że mocno skrępowana przez człowieka przyroda znowu się wyrwie i będzie próbowała się odegrać są marginalizowalne. Bo marginalne na pewno nie są.

5. Pozwala poczuć adrenalinę w pracy

Ileż razy na pytanie „jak tam w pracy?” słyszałem odpowiedzi „nuda”, „nic się nie dzieje”, „po staremu” i tym podobne. A gdy przez skórę czujemy, że coś może się wydarzyć – na przykład, zupełnie niespodziewanie, kampania marketingowa zakończy się sukcesem i trzeba obsłużyć 5 razy więcej Klientów, a my przygotowaliśmy się tylko na 2 z małym plusem – to ten dreszczyk emocji pozwala poczuć, że żyjemy. A czy jest coś mocniejszego od adrenaliny, co nas napędzia?

6. Daje potencjalną możliwość sprawdzenia się w przyszłości

Mamy tu dwa warianty. Ktoś, kto trzyma sznurki wie lepiej i mówi odpuście sobie – nic takiego nie będzie miało miejsca. I dzięki niemu od czasu do czasu możemy się sprawdzić.
I drugi. Nie po to rozwijamy muskulaturę naszej klatki piersiowej, żeby od czasu do czasu nie sprawdzić ile jesteśmy w stanie udźwignąć. Pytanie tylko czy jest ktoś, kto będzie nas asekurował, jak sztanga zsunie się i zacznie nas dusić. Moment! Mam nie przejmować się ryzykiem!

7. „Last, but not least

Jak mawiają nasi sojusznicy Amerykanie, czyli „nie mniej ważny” jak tłumaczy wujek Google. Pozwala na kultywowanie tradycji w Narodzie, o czym pisał już wielki Jan Kochanowski: „Polak mądr po szkodzie.”

Całkiem nieźle. Ryzykowna siódemka. I jeszcze rym na koniec. Ciekaw jestem, czy Ty dorzuciłbyś bądź dorzuciła coś do tej listy. Napisz w komentarzu pod postem. Dzięki. 🙂

Przez prawie 20 lat w projektach nauczyłem się, że zarządzanie ryzykiem jest jedną z podstawowych kompetencji kierownika projektu i zespołu projektowego. Tego też uczę na swoich szkoleniach. Ze 100% prawdopodobieństwem, graniczącym z pewnością, mogę powiedzieć, że nie są to wierutne bzdury. Powyższa krótka analiza pozwoliła mi utwierdzić się tylko w przekonaniu, że nie warto przejmować się ryzykiem. Trzeba nim po prostu zarządzać w oparciu o wypracowane już, skuteczne metody i korzystając z dostępnych narzędzi.

O tym jak zarządzam ryzykiem w projektach i dlaczego, już niedługo – w jednym lub kilku – wpisach na blogu. Zapisz się na newsletter, żeby nie przegapić!

Zdjęcie: Jake Ingle z Unsplash.

By | 2018-03-02T23:14:28+00:00 9 lutego 2018|Otoczenie projektowe, Zarządzanie ryzykiem|2 komentarze

2 komentarze

  1. zbyszek 10 lutego 2018 at 07:38 - Reply

    Jeśli nie prowadzisz rejestru ryzyka, to pewnie nie weryfikujesz uzasadnienia podjęcia projektu, korzyści etc. Nikt tego nie robi, nikt nie wymaga. Nie zarządzasz, a robisz projekt. Bo ci zlecili, jakby co to i tak dosypią ci kasy, albo przesuną termin, bo liczy się żeby projekt zakończyć, a nie żeby przyniósł jakieś korzyści, których de facto i tak nikt nie zweryfikuje. Po co bawić się w ryzyka, jak i tak nikt nie doceni, że przewidujesz, a czasem nawet ochrzani, że chcesz wyciągnąć kasę.

    • Darek Kazimierski 10 lutego 2018 at 10:52 - Reply

      Zbyszek, dzięki za komentarz i wytrwałość do zamieszczenia go na blogu. 🙂
      Zarządzanie projektami, jak każde podejście procesowe, wymaga stosowania pewnych narzędzi, technik, metod – czy jak to jeszcze sobie pięknie nazwiemy – żeby sprawnie funkcjonowało. Zarządzanie ryzykiem, uzasadnienie biznesowe, planowanie, rejestr zagadnień, zarządzanie zmianą, raport statusowy, itd., itp. nie są z kierownikiem i interesariuszami projektu dla towarzystwa. Mają służyć: pomocą, informacjami, odpowiedziami, czy byciem źródłem pytań. Problem – moim zdaniem – polega na tym, że świadomość projektowa w wielu organizacjach jeszcze nie podniosła się z kolan. Każdy teraz robi projekty. Część PM-ów przeszła jakieś szkolenia z zarządzania projektami. Część ma nawet certyfikaty. Cóż z tego, skoro otoczenie nie nadąża. Środowisko projektowe się różni, a świadomości projektowej nie da się nauczyć na szkoleniach. Bycia kierownikiem projektu zresztą też nie. Bo to ludzie robią projekty, a kompetencji zarządzania ludźmi uczymy się przez doświadczanie.
      Jeszcze raz dzięki za wpis, który jest dla mnie również źródłem inspiracji o czym powinienem napisać.

Leave A Comment