Obiecane powinno równać się dostarczone.

Co łączy ze sobą nigiri, futomaki czy sahimi z projektami?

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nic, ale jeśli dodamy do tego Walentynki to okaże się, że wspólny mianownik się znajdzie.

Kojąc skołatane po środowo-walentynkowym wieczorze nerwy dotarło do mnie, że nie wszyscy mogą zdawać sobie sprawę, że wiele z praktyk zarządzania projektami świetnie sprawdza się w prowadzeniu biznesu, nie tylko projektowego.

Zacznijmy jak zwykle od początku. Jedna z sushidajni zakłóciła mi Walentynkowy wieczór. Zepsuć jej się nie udało, bo nauczony doświadczeniem roku ubiegłego złożyłem zamówienia w dwóch. Brawo Ja.

Zabrakło wyobraźni

Gdyby tylko mój ulubiony sushibar wyciągnął wnioski z ubiegłorocznej porażki! Może wtedy udałoby im się ponownie nie polec, w nierównej walce z zakochanymi, mocno rozpychającymi się w środę po lokalach gastronomicznych. A może liczyli, że w środę popielcową specjalnego ruchu nie będzie, albo że Panowie tym razem we własnym zakresie upichcą coś damom swych serc? A oni zamiast gotować znowu poszli na łatwiznę i chwycili za telefony. Nieładnie!

Warto spisywać i analizować doświadczenia,
żeby wyciągać z nich wnioski i usprawniać swoje działanie.

Co tak długo?!?

Nie byłem w stanie się dowiedzieć, bo nie mogłem się dodzwonić! Realizacja zamówienia przeciągnęła się bardziej niż budowa Opery w Sydney. Nie o 8 lat oczywiście, ale o 3,5 godziny! Choć przy zamawianiu dołożyli sobie godzinę więcej niż zwykle i zaklinali się, że dadzą radę to nie udźwignęli. I co z tego, że przepraszali później wielokrotnie; z ogromnym zaangażowaniem. Gdyby podobną ilość energii poświęcili na przygotowania do Walentynek to wiele par spędziłoby tamten wieczór w dużo lepszych nastrojach.

Nic mi to nie dało, że nauczony doświadczeniem, trzy razy ich pytałem upewniając się, czy dadzą radę. Za każdym razem przemiła dziewczyna zapewniała mnie przez telefon, że nie będzie problemu, że są dobrze przygotowani, że pamiętają o wpadce z ubiegłego roku. I wierz tu ludziom na słowo!

Nigdy nie deklaruj terminów, których nie możesz dotrzymać.
Obiecane = dostarczone. Musisz mieć 100% pewność.

Szczególnie jeśli nie wszystko od Ciebie zależy. Otwarcie poinformuj o ryzyku i upewnij się, że druga strona je akceptuje. Żebyś nie musiał później stawać na rzęsach, bo nie zawsze przynosi to oczekiwany skutek, a nikt nie lubi świecić oczami.

Wiara nie zawsze czyni cuda

W przypadku mojej kolacji chyba najbardziej zawiniła głęboka wiara w to, że dadzą radę. Że dodatkowe dwie osoby na sali i dwie w kuchni wystarczą. Skąd ta pewność? Z wiadomości, którą otrzymałem: „Niestety ilość gości w restauracji i z dostawą nas przerosła”. I to nie wyobraźni zabrakło, tylko metodycznego podejścia. Pytanie: co zrobię, jeśli moje założenia dotyczące ilości zamówień i gości okażą się mocno niedoszacowane? Pomogłoby opracować plan awaryjny i wdrożyć odpowiednie działania, kiedy sytuacja zaczęła się wymykać spod kontroli.

Nie zakładaj, że coś się nie wydarzy, tylko przygotuj plan działania,
którego zastosowanie pozwoli Ci zminimalizować negatywne skutki.

A jak skończył się ten wieczór?

A jak się miał skończyć? 😉 Dla mnie, nie najgorzej. Kolacja nie udała się w 100% tak jak planowałem, ale:

  • rozdzieliłem zamówienia na dwie sushidajnie, więc właściwie to jedynie nie najedliśmy się do syta i ponieśliśmy drobne straty moralne,

  • byliśmy na to z żoną mentalnie przygotowani,

  • w rezultacie wynegocjowałem korzystne warunki korzystania z usług restauracji w przyszłości.

Z właścicielem podzieliłem się kilkoma wnioskami racjonalizatorskimi. Za rok zobaczę czy z nich skorzysta. Jeśli będę chciał zaryzykować. 😉

Zdjęcie: Epicurrence z Unsplash.

By |2018-03-02T23:16:45+00:0016 lutego 2018|Case Study, Zarządzanie ryzykiem|0 Comments

Leave A Comment